Prolog: 379

Wsłuchiwała się w rytmiczne uderzenia kropel z przeciekającego kranu o metalową misę. Wyobrażała sobie, że to przemijające dni, które tutaj spędziła. Było ich mnóstwo.
Już dawno przestała wspominać życie, jakie prowadziła przed przybyciem do tego miejsca. Czuła się tak, jakby każda minuta w odosobnieniu czyniła ją mniej ludzką, każdy dzień bez promieni słońca mniej świadomą otoczenia. Więzień. Wyrzutek. Wspomnienie. Była jedynie tym i niczym więcej.
Nagły rozbłysk przeszył jej wzrok. Zmrużyła oczy, a po chwili zasłoniła je ramieniem, aby zmniejszyć natężenie światła, atakujące jej wpół ślepy już teraz zmysł. Słyszała, jak stalowe drzwi celi się otwierają i chociaż każdy jej instynkt krzyczał, że powinna przygotować się na konfrontację, nie była w stanie się ruszyć. Ktoś dźwignął ją brutalnie na nogi i oderwał jej jedyne ramię sprzed oczu, aby wykręcić je do tyłu, sprawiając  tym jednocześnie niewyobrażalny ból.
Podciągnięto ją do góry i popchnięto w stronę drzwi. Oczy przyzwyczaiły jej się do większej ilości światła wystarczająco, aby widziała, gdzie idą. Nie rozpoznawała jednak tego korytarza. Chociaż wnętrze budynku wszędzie wyglądało tak samo – nagi, zimny beton, kafelki, brak okien – była pewna, że tej części więzienia jeszcze nie zwiedziła. W końcu chyba dotarli do celu, bo mężczyzna, który wcześniej popychał ją, aby szła dalej, zatrzymał się przed otwartym, metalowymi drzwiami.
Posadzono ja przy niewielkim stoliku, zamknięto kajdanki przy nadgarstku i kostkach, tak jakby była kimś niebezpiecznym.
W zasadzie to była prawda.
Wciąż bez słowa komentarza zostawiono ją samą i starannie zamknięto drzwi.
Pomieszczenie, do którego ja zaprowadzono, do złudzenia przypominało jej własną celę. Rażące w oczy żarówki zwisające z sufitu tylko dopełniały obrazu pustego, surowego pomieszczenia. Westchnęła cicho i pochyliła się wystarczająco w stronę stołu,  żeby przetrzeć dłonią oczy. Była pewna że jeszcze ze dwa lata, a jej wzrok, zniszczony sztucznym światłem, zepsuje się tak, że nawet najlepszy medtech tego nie naprawi.
Parsknęła.
Gdzie niby miała w tej okolicy znaleźć medtecha?
Drzwi znów się otworzyły, lecz tym razem wszedł nimi diabeł. Uśmiechnął się do niej.
–Jak miło, że jesteś w dobrym humorze. Może dzisiaj będziesz ze mną rozmawiać?
Jak zwykle, nie odezwała się. Naczelnik więzienia, bo to jego pierwszego dnia pobytu w tym piekle przezwała diabłem, przeprowadzał z nią regularnie przesłuchania. A raczej wygłaszał monologii, bo nigdy jeszcze się do niego nie odezwała.
– Nie? Jaka szkoda. A myślałem, że w końcu  rozwiniemy tę nić przyjaźni pomiędzy nami. To na pewno byłoby niewyobrażalne przeżycie, prawda? A może „przeżyć” to w tym kontekście złe słowo?
Roześmiał się, gdy się wzdrygnęła.
– No cóż, szkoda. Pozwól jednak, że jeszcze trochę tu posiedzę, bo mam ci tak wiele do powiedzenia. Tyle rzeczy się wydarzyło, kiedy spałaś. Wiesz że twój ukochany kuzyn  został generałem? Kto by pomyślał, że w ogóle kiedykolwiek będzie z niego dobry żołnierz, a co dopiero generał! Teraz w końcu będzie mógł rozkazywać, aby zabijano takich jak Ty, czy to nie wspaniałe?
Przeniosła wzrok na ścianę za nim, z fascynacją zauważając na niej plamki krwi. Zaczęła je liczyć. Kłamał. Była tego prawie pewna. Prawie.
– No ale niestety nie dostanie tej przyjemności, żeby pozbyć się ciebie. To mogłoby być zabawne – wiem, wiem. Niestety nie da się. Niedługo Cię stąd zabiorą. Nie byłoby na to wystarczająco dużo czasu.
Przeniosła na niego spojrzenie.
– Widzę, że Cię zainteresowałem, czyż nie? Taaak. Okazuje się, że nie ma już tu dla Ciebie miejsca. Niedługo zostaniesz przeniesiona wraz z grupą innych więźniów do bardziej odpowiedniej dla was placówki.
– Kłamiesz – odezwała się z trudem. Jej głos brzmiał okropnie.
– Och, spójrzcie, tylko SPÓJRZCIE! – krzyknął i z wystudiowanym zaskoczeniem na twarzy i wywrócił krzesło, szybko się z niego podnosząc: – TO mówi! – Podszedł do strażników ustawionych po obydwu stronach drzwi – nie zauważyła ich. Frustrujące, jak szybko traciła tutaj wyuczone odruchy, jak wiele przestało ją interesować podczas pobytu w tym miejscu  – i zaczął klaskać. – Proszę, proszę. Ile to już minęło? Trzy miesiące? Cztery? – Kiedy wciąż nie robiła nic, oprócz obserwowania go z obojętną maską na twarzy, podszedł do jednego ze strażników: Ty. Jak masz na imię?
– Peter.
– Peter! Jak żałośnie. No, ale trudno – westchnął dramatycznie, obracając się ponownie w jej stronę i nie zauważając delikatnego tiku na twarzy strażnika.
Ciekawe, pomyślała.
– Peter, powiedz nam, jak długo minęło od czasu, kiedy 379 odezwała się po raz ostatni?
– Nie jestem pewien, Sir.
– Dlaczego? Jesteś jej stałym strażnikiem czy nie?
– Tak, Sir.
– To ile czasu minęło, od kiedy 379 odezwała się po raz ostatni?
– Myślę, że pół roku, obecnego Czasu Gwiezdnego, Sir.
– A skąd takie podejrzenie? – zapytał Diabeł, nie odrywając od niej swojego wzroku.
– Dokładnie tyle czasu minęło, od kiedy przeprowadziliśmy 378. egzekucję cyborga, zgodnie z nowym edyktem Zwierzchnika – zawahał się przez chwilę i oderwał spojrzenie, które do tego momentu kierował tępo w stronę ściany naprzeciw siebie, aby spojrzeć na nią. Czy była tam litość? Nie potrafiła tego osądzić, bo nie widziała tego wyrazu twarzy zbyt często. Nawet lata temu, kiedy miała własny dom, do którego mogła wrócić, nazwisko, na które mogła się powołać. Ludzie ją lubili, byli nią rozczarowani, skrycie jej nienawidzili – szczególnie pod koniec tego pierwszego, całkiem odmiennego życia.
Nikt się nad nią jednak nie litował.
To było nowe i przerażające w tym samym czasie. Czy tak blisko swojego końca się znalazła?
Diabeł musiał wychwycić jakąś zmianę w mimice jej twarzy, bo uśmiechnął się szerzej.
– Tak, tak. Dokładnie tak. Trzysta siedemdziesiąt osiem. Ostatni numer. Wiesz ilu ich u na zostało? – Zbliżył się do niej leniwie i pochylił się nad jej głową, tuż obok ucha. – Nikt.
Nie wzdrygnęła się, już nie potrafiła.
Jej zwodniczy umysł wrócił jednak do wspomnienia ostatniej egzekucji.
Każdego wyłapanego cyborga przewożono małym statkiem transportowym na satelitę OTTO-13, gdzie mieścił się zakład karny jednostek niezdyscyplinowanych, i dopiero przeprowadzano egzekucję. Czasem przylatywał statek z trzema cyborgami na pokładzie, czasami z dziesięcioma. Tym razem był na nim tylko jeden, mężczyzna.
Miał wygląd rasowego Vixy – biały, niemalże porcelanowy odcień skóry, czarne włosy i przeraźliwe jasne, zielone oczy. Poza tym oczywiście prosta, wyuczona postawa i dumny wyraz twarzy. Wcześniej musiał zajmować wysokie stanowisko, przynajmniej urzędnicze. A jak trafił do tego miejsca? Nikt nie zadawał tego pytania. Zazwyczaj była to po prostu gwiezdna ruletka.
Mężczyzna spojrzała na nią – zarządca zakładu zawsze musiał dopilnować, żeby była obecna przy każdej egzekucji, zajmowała miejsce jak najbliżej podestu i patrzyła, jak ich zabijają – ale jego wzrok niczego nie przekazywał. Nie znali się. Prawda była taka, że nie znała przerażającej większości cyborgów, które przez nią tutaj zgładzono, a ci zazwyczaj nie wiedzieli dlaczego są zabijali.
Wiedzieli jedynie dla kogo.
Vixa wszedł na podwyższenie i usiadł na krześle.  
Stalowe paski automatycznie zamknęły się na kostkach i nadgarstkach. Mechaniczne, ruchome części zostały oddzielone od ciała cyborga długo przed samą podróżą. Stałe, podtrzymujące życie elementy zostawały do samego końca.
Do krzesła osądzonego podszedł jeden z zatrudnionych do tego zadania Medtechów. Trzymał stalowy, podłużny klucz służący do odłączania aparatury. Zanim jednak miał szansę cokolwiek zrobić, zarządca uniósł rękę w geście zatrzymania i zwrócił się bezpośrednio do głównego gościa programu:
– Czy masz coś do powiedzenia, 378?
Trzysta siedemdziesiąt siedem egzekucji nauczyło ją jednak milczenia, więc siedziała spokojnie z uporem wpatrując się w mężczyznę, który za moment miał być poddany egzekucji. Ten nie spojrzał na nią już ani razu.
– W takim razie od dziś twoim numerem jest 379.
Medtech podszedł do krzesła i powoli, wyuczonymi ruchami, otworzył stalową klapkę mieszczącą się na lewej piersi mężczyzny, po czym odłączył mu mechaniczne serce.
– … cyborg, który powstał w tej samej partii, co ty, nie przerwał – ściszył głos, chociaż obydwoje wiedzieli, że robił to dla picu, bo nie dzielił się z nią żadnym sekretem. Poza nią nikogo nie obchodziło o czym mówił, nikogo nie raniło to, o czym przypominał. – Wyrżnęliśmy wszystkich. Złapaliśmy ich wszystkich i wyrżnęliśmy do ostatniego. Zebranie nazywa to zarządzeniem, ludzie sprawiedliwością, ale my – ja i ty – wiemy, o co dokładnie się rozchodzi. – Spojrzał jej w oczy. – To wina. Gorzej, to twoja wina. Gdybyś nie narozrabiała, nikt by nie urządził obławy. Gdybyś wystarczająco wcześnie powiedziała, komu przekazałaś dysk, nie zginęłoby więcej niż dwie osoby. Twój wspólnik i ty. – Wrócił na swoje miejsce za stołem na przeciw niej i pochylił się w jej stronę. – Powiedz mi, opłacało ci się?
– A znaleźliście dysk?
Poczuła uderzenie na twarzy odrobinę wcześniej niż zauważyła ruch przeciwnika. Krew kapała z rozcięcia jej wargi, ale jedyne, o czym mogła myśleć, to że Diabeł musiał dać sobie kiedyś coś wmontować.
Ciekawe.
Odwrócił się od niej i sięgnął po sporą, srebrną walizkę przypominającą bagaż podręczny. Położył ją na stole pomiędzy nimi i wpisał kod, dzięki któremu bagaż się otworzył, ukazując im obojgu swoją zawartość.
Wtedy zaczęła krzyczeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nomida zaczarowane-szablony