Rozdział I

Piraci mają zasady. Zazwyczaj.


Nico de Tren wierzył w przestrzeganie zasad. Nawet pomimo tak nieistotnego szczegółu, że był piratem, trzymał się wyznaczonych w życiu wartości. Mógł nosić miano kapitana jednego z bardziej znanych statków łupieżczych w galaktyce i napadać na eksporty towarowe, kraść cenne artefakty, a później sprzedawać ich powielone falsyfikaty, szukać kolejnej okazji na dużą dawkę adrenaliny, aby znów doprowadzić całą swoją załogę na bliskie spotkanie ze śmiercią.
Uważał jednak, że to sprzedawcy portowi nie posiadają za gram przyzwoitości.
– Mówię ci, człowieku, że to prawdziwy, argadzki wyrób. Nie wezmę za niego mniej niż dziesięć tysięcy unitów.
– Zapłacę najwyżej trzy.
Z jednej strony Nico wiedział, że to było wcześniej do przewidzenia. Zatrzymywanie się w jednym ze smoczych portów, znajdujących się tak blisko samej stolicy Arterii, nie mogło skończyć się niczym innym, jak katastrofą. Mało powiedzieć, że wszyscy portowi kupcy mieli coś z mechatronicznych pupili służby – chcieli dostawać największy kąsek z pańskiego stołu, lecz kiedy nadchodziły kłopoty, nie było po nich śladu – oni doskonale zdawali sobie sprawę z faktu, w jak dobrej pozycji się zazwyczaj stawili. Niezarejestrowani w systemie handlarzy głównego szlaku międzyplanetarnego, nie płacili sankcji za współpracę z przeróżnymi państwami i osadami znajdującymi się na sąsiednich planetach; zazwyczaj jednak trzymali się także z dala od czarnego rynku, co czyniło ich transakcje z prawnego punktu widzenia czystymi niczym łza.
Gorzej jednak miały się ich sumienia.
Nico postanowił zmienić taktykę.
– Jeśli nie kupisz ode mnie tego ty, zawsze mogę znaleźć w okolicy kogoś innego. Myślisz, że mało tutaj chętnych na technologię z wyższej półki, niedostępną dla zwykłych obywateli?
Dwoje masywnych ciołków, stojących tuż za plecami kupca, poruszyło się odrobinę. Wystarczająco subtelnie, aby nie zostało to wzięte za zagrożenie, a jednak dość synchronicznie, aby Nico nie wykrzywił lekko warg w grymasie rozbawienia. Musieli to ćwiczyć, amatorzy.
Pilnująca jego pleców Indra nie pozostała im dłużna. Dziewczyna rozluźniła się i skrzyżowała ramiona na piersi, opierając plecy o ścianę. Przy okazji prawą ręką uwolniła także niewielki sztylet ukryty w lewym rękawie i czekała na sygnał.
Nico wiedział, że w zasadzie nie miał się czego obawiać. Hotel, w którym przeprowadzali teraz negocjacje, został dzień wcześniej gruntownie zbadany przez nomadkę. Był to pokój konferencyjny - znajdował się w nim duży, okrągły stół ustawiony na samym środku pomieszczenia oraz sześć krzeseł wokół niego. Poza dyskretnymi ozdobami, donicami z kwiatami czy pięknymi, długimi firanami z tańszego materiału, w środku było pusto. Pusto, lecz za to też czysto - nie można było tutaj uświadczyć ani kurzu, ani sprzętu szpiegowskiego o co kolejno zadbały pokojówka oraz Indra.
– Chętnych zapewne sporo, ale ręczę, że nikt tego od ciebie nie weźmie.
Kupiec ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Nica, chociaż poruszenie się Indry sprawiło, że, jakby nieświadomie, dłonią opartą na ladzie zaczął wystukiwać stały rytm.
Mogło to być znakiem dla dwóch osiłków stojących za nim, aby niedługo wtrącili się do tej przemiłej negocjacji; mogło też najzwyczajniej zdradzać, że sława o umiejętnościach nomadki dotarła do portów lotniczych Arterii.
Nico jeszcze raz przekalkulował swoje szanse i chwilowo na rachunku nijak plusy pokrywały mu minusy.
Musieli sprzedać ten zasilacz. Gorzej, musieli zrobić to szybko. Ostatnio Biała Dama nie napadała zbyt często na kursujące statki; systemy ochronne handlowców z Vixenny i Arterii zostały poprawione, a Reeva ograniczyła kursy. Zawsze mogli spróbować szczęścia z flotą handlową pomniejszego państwa, ale to zazwyczaj się nie opłacało. Większe roboty pochłaniały mnóstwo pieniędzy i czasu, musiały być wystarczająco korzystne, aby cokolwiek zaczynać, zaś mniejszych zleceń powinno pojawić się co najmniej kilka, aby udało się nakarmić tak ogromnego pasożyta, jakim był statek kosmiczny złożony z piętnastoosobowej załogi.
Piractwo coraz rzadziej przypominało grabienie i zabijanie, a coraz częściej kalkulowanie i biurokrację. Załoga była daleka od zachwytu.
Jej kapitan także.
– Dlaczego? – zapytał. Kapitan statku miał w rękawie jeszcze jeden gadżet – wart o wiele więcej niż argadzka broń – ale nie sądził, aby kupiec był skory na pertraktacje o czarnorynkowy artefakt, kiedy nie miał ochoty na zakup przedmiotu pochodzącego z szarej strefy. Jeśli zaś nie mógł nic dzisiaj sprzedać, chciał przynajmniej czegoś się dowiedzieć. Informacja zawsze była w cenie.
– Porozmawiaj z Fabiusem – szczeknął kupiec i zaczął zbierać rozłożone przedmioty. Jako waluty płatniczej nie zawsze używało się pieniędzy.
Kapitan statku uważniej przyjrzał się swojemu rozmówcy, nagle widząc go w całkowicie innym świetle. Nie było żadną tajemnicą, że w każdym większym porcie dochodziło do sytuacji, kiedy władzę przejmowała jedna z licznych frakcji, tylko po to, aby od czasu do czasu móc nałożyć jakieś embargo na resztę. Wiązało się to z wieloma korzyściami. Po pierwsze, sprzedawcy czy kupcy zawsze musieli być w dobrych stosunkach z szefem portu, nawet jeśli nigdy nie zamierzali dobijać z nim transakcji; po drugie, ci bardzo często lubili dostawać swój procent od zarobków innych za tak zwaną „ochronę”. Nico lubił nazywać tę zasadę niepodczepem. Zapłać mi, to się nie podczepię do twojego interesu. Znane były przypadki, kiedy szef portu niszczył frakcję, ponieważ ta nie uiściła odpowiedniej zapłaty w wyznaczonym czasie.
Kupiec stojący przed nim nie mógł być starszy od ojca Nica. Co prawda, kapitan nie lubił zbyt długo czy zbyt często myśleć o swojej rodzinie, bo miał wtedy tendencję do sięgania po butelkę, co jednak nie zmieniało faktu, że w innym życiu mógłby minąć tego człowieka na ulicy i przez krótką chwilę zastanowić się, czy w domu nie zostanie mu to wypomniane.
Wysokie kości policzkowe, jasnozielone oczy i czarne, wręcz hebanowe włosy jasno przywodziły na myśl kogoś z wysokiego rodu Vixan. Urzędnika, choć może nie tylko. Raczej kogoś, kto potrafiłby pociągać za sznurki i cieszyć się z tego. Kogoś o bystrym umyśle i chytrych pomysłach. Tak, gdyby nie jeden drobny szczegół, ten człowiek bez wątpienia potrafiłby mieszać szyki i siać chaos w polityce, jak reszta krewniaków Nica.
Niestety, pozostawała kwestia koloru skóry.
Viaxiannie byli narodem przewrażliwionym na punkcie czystości rasowej, a mężczyźnie stojącym przed kapitanem Białej Damy daleko było do białej, alabastrowej karnacji. Szczupłymi, brązowymi niczym czekolada dłońmi zamykał ostatnie torby i podawał je mężczyzną stojącym u progu drzwi.
Szkoda, przeszło przez myśl Nicowi. Ten kupiec został mu polecony przez jednego z zaprzyjaźnionych handlarzy. Dzięki wcześniej przekazanemu słowu liczył na szybki zysk i nowy kontakt. Kupiec był znany z pomyślnych i konkretnych negocjacji. Jeśli nawet on nie chciał rozmawiać z kapitanem pirackiego statku, to Nico nie miał wyboru. Musiał sprawdzić, czym zawinił sobie u szefa portowej szajki.
Nie zdążył jednak nawet zacząć zastanawiać się, co dalej, kiedy do pomieszczenia wkroczył nowy osiłek.
Był ubrany tak samo, jak dwaj poprzedni. Podobna masa ciała i wzrost kazała Nicowi się zastanowić nad wymaganiami, jakie kupiec stawia przed zatrudnianymi pracownikami. Nowy wyróżniał się jedynie dłuższymi, lekko skośnymi uszami, przywodzącymi na myśl niektóre plemiona nomadów, odnotowywanych przy granicach Reevy.
– Panie O’coollock, wystąpiły pewne problemy.
– Jakie problemy? – zapytał zirytowanym głosem kupiec.
Reevańczyk szybkim ruchem wyjął sztylet i poderżnął kupcowi gardło.
Cóż, o czymś takim zawsze warto informować swojego pracodawcę.
Jeden z osiłków wyjął obrzyna, lecz Nico był szybszy. Poruszył się w prawo, otwierając drogę Indrze, i wyciągnął broń.
Dziewczyna nie pokazała ani śladu zawahania. Prawie że automatycznie rzuciła małym ostrzem w stronę nowoprzybyłego mężczyzny i zwinnym ruchem przeskoczyła nad stołem oddzielającym ich od kupca i jego ludzi. Mężczyzna, nie okazując śladu zaskoczenia, zdążył wyciągnąć niewielkie ostrze, które wbiło mu się w szyję. Krew polała się wartkim strumieniem, lecz ten nawet nie zwrócił na to uwagi. Najwidoczniej odziedziczył po swoich przodkach coś więcej niż tylko skośne uszy.
Indra żwawo odskoczyła na czas, aby uniknąć ciosu, jednocześnie sięgając za cholewkę buta i wyjmując ulubione ostrze. Zamarkowała uderzenie, aby zmylić przeciwnika, a potem wbija mu nóż w oczodół. Reevańczyk padł jak kłoda. To był cios na oślep, ale, jak widać, wart swej próby. Nie wszyscy mieszkańcy Reevy, posiadający umiejętność szybkiej regeneracji, mieli wysoce czułe oczy, przyjmujące promienie światła w formie odżywczego suplementu diety. Większość jednak tak.
W tym czasie Nico zdążył postrzelić jednego z osiłków w pierś i powalić drugiego. Kupiec leżał w kałuży własnej krwi, nie wykazując oznak życia. Kiedy nomadka zbierała i wycierała swoje ostrza oraz sprawdzała wyjście i sytuację na zewnątrz, kapitan statku podszedł do obydwu osiłków i bezceremonialnie przetrzepał im kieszenie. Nic ciekawego, kilka ostrzy i broń stylizowana na pałkę, jakiej wcześniej nie widział. Nico włożył wszystko do worków zapakowanych uprzednio przez kupca, przerzucił je sobie na plecy i spojrzał na Indrę.
Dziewczyna ponownie sięgnęła po ostrze, tym razem jednak całkowicie inne; o pokrytej finezyjnymi znaczkami rękojeści i pięknie wykończonej, piętnastocentymetrowej klindze. Postrzelony przez Nica osiłek, w odróżnieniu od tego drugiego – powalonego i leżącego nieprzytomnie na podłodze – czujnie obserwował każdy jej ruch. Gdy podeszła do niego szybkim krokiem, próbował niezdarnie się poruszyć. Rana w klatce piersiowej skutecznie jednak utrudniała każdą podobną próbę. Indra jedynie spojrzała na kapitana, który skinął jej głową i rozpoczął przeglądanie kieszeni zasztyletowanego napastnika, a później precyzyjnym ruchem nacięła skórę na ramieniu osiłka i pozwoliła, aby krew pokryła część głowni. Mężczyzna zaczął odrobinę szybciej oddychać, nomadka jednak ani przez chwilę nie zwracała na niego uwagi, całkowicie skupiona na płynie plamiącym jej ostrze i nuceniu inkantacji w jedynie jej znanym języku.
Po chwili mężczyzna całkowicie się uspokoił i odetchnął, jakby po dłuższej podróży.
– Dla kogo pracujesz? – Jej wzrok przeskakiwał pomiędzy obydwoma mężczyznami, obserwując, czy może drugi zaczyna się przebudzać.
– Dla Fabiusa. – Wzrok postrzelonego osiłka błądził po wnętrzu niewielkiej sali, nie skupiając się jednak ani przez chwilę na czymkolwiek szczególnym.
– Dlaczego zabiliście naszego kupca?
– Fabius nam kazał.
– Dlaczego nie zgodził się na naszą transakcję?
– Słyszysz, jak krew śpiewa – odpowiedział nieobecnie mężczyzna. – Szepce do mnie. Szepce o twoich sekretach. – Jego wzrok na krótką chwilę ustabilizował się, utkwił na twarzy dziewczyny: – Masz mnóstwo sekretów – wyszeptał.
Indra odsunęła ostrze od nowej rany, a osiłek automatycznie zemdlał. Drugiemu, jakby od niechcenia, poderżnęła gardło i wytarła głownię o jego ubranie.
Napotkawszy spojrzenie przyglądającego się jej Nica, powiedziała tylko:
– No co, już i tak mu się nie przyda – i z tymi słowami odeszła od trupów.
Oboje rozejrzeli się po wnętrzu pomieszczenia.
Portowi handlarze nie należeli do MKH[i], więc wszelkie zawierane umowy i podpisywane kontrakty nie toczyły się w wykwintnie umeblowanych salach czy pięknie udekorowanych pokojach, ale nie był to także czarny rynek, gdzie wszelkie kontrakty zawierało się w ciemnych uliczkach i podejrzanych melinach. To pomieszczenie wyglądało niczym mieszanka obydwu tych opcji, tak, aby powstało twór łączący te dwa przeciwieństwa. Aktualnie znajdowali się w jednym z tańszych hoteli. Nic pierwszej nowości, ale krew nie zejdzie. I ktoś będzie musiał zapłacić za naprawę.
Nico rzucił swoją wizytówkę na stół i zostawił obok niego niebieski, stalowy żeton o ząbkowanej krawędzi. Ekipa sprzątająca będzie wiedziała, co z tym zrobić i komu naliczyć dodatkowe koszty.
Pirat czy nie, rachunek będzie musiał zapłacić.
– Reevańczyk to problem – cicho zauważyła Indra, gdy wychodzili z pomieszczenia. – Ostatnio nie było ich tu wielu, ale nawet jeśli jeden pracuje dla Fabiusa, to reszta też.
Kapitan kiwnął jej w zamyśleniu głową.
Reeva była dość specyficzną nacją. Choć została umiejscowiona na tej samej planecie, co Argad, to kompletnie inaczej przystosowała się do warunków panujących na obszarze, jaki zajmowała. Nie inaczej wyglądała także u nich kwestia rozwoju kultury i wspólnoty między mieszkańcami. Reevańczycy byli bardziej zjednoczeni od swoich sąsiadów; na obcym terenie zazwyczaj tworzyli większe grupy i zbiorowo radzili sobie ze wszelkimi problemami i niesnaskami reszty świata. Dlatego też w miastach, do których przyjeżdżali, często tworzyły się reevańskie enklawy, a wielu Reevańczyków miało to samo miejsce pracy.
W Argadzie powstało takie powiedzenie: Kiedy zabijesz jednego Reevańczyka…
Zza zakrętu wyszło kilku postawnych mężczyzn, wszyscy byli ubrani w te same rzeczy, co osiłki kupca. Wyróżniali się jednak skośnymi, długimi uszami oraz zsynchronizowanym krokiem.
… na jego miejsce przyjdzie trzech następnych.
– Ktoś naprawdę chce nas zdjąć – beznamiętnie stwierdziła Indra, kiedy Nico pociągnął ją w stronę drugiego korytarza. – Jesteś pewien, że nie chcemy załatwić tego w tradycyjny sposób?
– Nie – powiedział, odwracając się do tyłu i sprawdzając, czy nikt za nimi nie podąża. – Odciągnę ich, a ty znajdź resztę i zawiadomcie załogę, że wyruszamy wcześniej. Jeśli wylecimy w porę, nie zdążą nas dogonić. Portowa mafia czy nie, wciąż są za malutcy na kontakty, które mogłyby załatwić im gwiezdne przyspieszenie.
– Może być trudno. Mieli pójść do Cybernetycznego Jednorożca. Stawiałabym, że połowa z nich nie jest już trzeźwa.
– Lepiej, żeby szybko zmienili ten stan rzeczy. Mamy niemałe kłopoty. Trzymaj się planu i pilnuj Znaku. Jeszcze nie wiem, jak chcę to rozegrać. – Mówiąc to wyjął broń i, kiedy Indra zwinnie popędziła w stronę tylnego wyjścia z budynku, skierował się z powrotem do korytarza, z którego przybyli. Minął otwarte drzwi do pomieszczenia, gdzie wcześniej negocjowali z kupcem. Akurat na czas, aby zostać zauważonym przez jednego z Reevańczyków. Popędził w stronę wyjścia, słysząc za sobą reevańskie przekleństwa i przyspieszone kroki.
Wypadł na zewnątrz, potrącając młodą kobietę, kierującą się do środka. Popędził do centrum portowego miasteczka. Zapewne, gdyby był mniej zajęty, spróbowałby zachwycić się zachodem pierwszego słońca i widokiem dwóch księżyców, które dzięki oświetleniu Trzeciego Słońca były już widoczne na niebie. Nico lubił Arterski klimat i zwyczaje. Możliwe, że w innym życiu, w innym czasie, gdzie nie byłby ścigany przez trzy skośne, mafijne popychadła, mógłby osiedlić się tutaj na stałe.
To nie była jednak ta chwila.
Kapitan statku wpadł w tłum ludzi wylegających na oświetlane halogenowym światłem ulice i skierował się w stronę serca bazaru, gdzie stały najbardziej znamienite sklepiki i wystawy. Widok pędzącego mężczyzny z bronią w ręku nie był tutaj pierwszyzną, ale wzbudzał zainteresowanie, więc Nico schował broń za połami płaszcza i wyrównał krok do szybkiego truchtu. Cybernetyczny Jednorożec, klub, w którym przebywała połowa jego załogi, znajdował się po drugiej stronie portowego miasteczka, w jednej z szemranych dzielnic. Indra na pewno potrzebowała chwili, aby się tam dostać, a później niezauważenie wyprowadzić ludzi i przygotować transport. Nico rozejrzał się wokół siebie i, nie dostrzegając wciąż potencjalnego zagrożenia, jeszcze raz przemyślał sytuację, w której się znaleźli. W tym rozdaniu nie dostali dobrych kart, to pewne. Szanse, że jego załoga nie natknie się na innych członków gangu, a on wystarczająco długo będzie wodził za nos tych trzech osiłków, była równa zeru. Zbyt wiele zmiennych, za dużo ludzi, przez których plan może się nie udać.
Chyba że Nico zmieni reguły gry.
Podejmując decyzję pod wpływem chwili, zakręcił się wokół własnej osi, zwinął ekojabłko z kosza ze zdrową żywnością i wolnym krokiem skierował się w stronę ratusza i nowoczesnej budowli kościoła Smoka, miejsca spotkań obywateli wyznających główną religię Arterii. Jeśli dobrze oszacował, mężczyźni nie będą próbowali go zabić. Pierwszy zabójca w hotelu całkowicie skoncentrował się na wyeliminowaniu handlarza, to było oczywiste, ale później żaden z nich nie wyciągnął broni, chyba że musiał odpowiadać na atak jego i Indry.
Przynajmniej Nico żywił taką nadzieję. Inaczej będzie miał niemałe kłopoty.
Przechadzając się po głównym deptaku miasta,  postanowił, że nie będzie się śpieszył, więc zyskał chwilę, aby podziwiać okolicę. Portowe miasteczko było niczym w stosunku do stolicy państwa, która leżała kilka mil stąd na północ, nie zmieniało to jednak faktu, że to miejsce jaśniało. Dosłownie jaśniało.
Arteria była niewielkim państwem na małej planecie w większości opanowanej przez nomadzkie plemiona. Ich sposób bycia, wyznawane idee, a przede wszystkim od wieków panująca monarchia nie pozwalały na politykę podbojów, dzięki czemu większość obywateli żyła w dostatku. Jasne, gdy przebywało się gdzieś wystarczająco długo bądź szukało cierpliwie, można było znaleźć tutaj gorsze dzielnice i uliczki naznaczone brudem czy biedą. Przechadzając się jednak po centrum miasta, Nico nie mógł oderwać wzroku od pięknie zaprojektowanych, wysokich budynków wyłożonych marmurem – głównym surowcem wydobywanym i sprzedawanym na międzyplanetarnym rynku przez arteriańczyków.
Kapitan wgryzł się w kradzione jabłko i kątem oka zauważył jedno ze znajomych reevańczyków. Długo im to zajęło. Przez chwilę skoncentrował się na tatuażu umiejscowionym w wewnętrznej części prawej dłoni i wysłał Indrze krótki, zaszyfrowany komunikat, po czym postarał się złapać spojrzenie osiłka. Kiedy przekonał się, że mu się udało, pomachał do niego ręką, szczerząc się najładniej, jak potrafił.
Osiłek jednak nie odmachał. Najwyraźniej mama nie uczyła kogoś manier.
Nico, nie zmieniając tempa, wspiął się po kamiennych stronach ku wejściu do arterskiej świątyni i usiadł na schodach. Kiedy trójka reeevańczyków podeszła do niego, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia, spokojnie powiedział:
– Zawołajcie szefa. Najwidoczniej powinienem z nim porozmawiać.
I dalej w skupieniu podziwiał schyłek tego pięknego dnia.
       


[i]  Międzyplanetarny Korpus Handlowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nomida zaczarowane-szablony