Rozdział II



Tymczasem zabójcy nie mają żadnych zasad.Oficjalnie.



Indra d’Ametyhs el’Blackborn miała dwie daty narodzin i żadnej z nich nie pamiętała. Co innego tyczyło się jej treningu w Zakonie Cieni czy darów, z jakimi zrodziła się za pierwszym razem. Resztę wspomnień z uporem ignorowała; podobnie jak miejsca, twarze i wydarzenia. Miała imię i nazwisko. Miała dary. Miała także swoje ostrze. I nie potrzebowała niczego więcej.

Po zaułkach i uliczkach portowego miasta poruszała się szybko, zwinnie i z niesamowitą precyzją, którą można by nabyć jedynie dzięki latom morderczych ćwiczeń oraz tonie włożonego w to wysiłku. Jej płynne, jednolite ruchy przy omijaniu tłumu ludzi wylegających na deptaku, przywodziły na myśl niebezpieczne, pełne gracji, dzikie zwierzę. O tej porze niemalże wszyscy wychodzili na zewnątrz. Od strony portu dało się słyszeć dźwięki odlatujących statków kosmicznych i różnych członków ich załóg, wykonujących proste, codzienne czynności. Za Indrą rozciągał się obraz miasta – małego, lecz wciąż wyróżniającego się bielą marmuru i specyficzną dla smoczego ludu architekturą. Przed nią zaś ulice zwężały się i starzały; każdy krok, dzięki któremu oddalała się od zniewalającego piękna Arterii, przybliżał ją do brudu i zniszczonych budynków przedmieścia, które zamieszkiwała biedniejsza część obywateli.

Nawet tutaj – w państwie, gdzie władza była niemalże uzależniona od dobrobytu obywateli – dało się znaleźć tereny pełne nędzy i biedy. Miejsce, które dziewczyna mogła dawno temu nazywać domem, w pewnych aspektach przypominało piaszczyste i rozległe obszary Arterii. Ta wioska już dla niej od dawna nie istniała – dobre wspomnienia zostały skutecznie przykryte przez te pełne bólu i przemocy, jakim odznaczało się jej dzieciństwo – lecz, kiedy czasami wracała tam myślami, od razu widziała przed oczami skromne chaty, stojące na pomarańczowej pustyni; słońce w zenicie i delikatny, przesypujący górki piasku wiatr. Dziewczyna długo po ucieczce z domu i przyłączeniu się do załogi Nica, nie potrafiła patrzeć na piękne rzeczy, nie odnajdując w nich chociażby źdźbła brzydoty. Arteria była państwem poważanym za utrzymywanie pokoju i ulepszanie życia mieszkańców. Większość ludzi nie zwracała uwagi na te małe, brzydkie miejsca, w których kumulowała się nienawiść, ubóstwo i plama brudu na pięknym, białym płaszczu smoczego cesarza.

Indra nie była jak większość ludzi.

Ominęła mężczyznę w średnim wieku, wychodzącego z dużej karczmy, z której wylewały się dźwięki głośnych rozmów, śmiechu oraz muzyki, i wślizgnęła się za nim przez otwarte drzwi do środka. Panował tam rozgardiasz, jak w każdej modnej knajpie o tej porze. Arteria była państwem, gdzie życie rozpoczynało się po zmroku. Upewniając się, że karczmarz złapał jej spojrzenie, kiedy skierowała swoje kroki w stronę pokojów gościnnych do wynajęcia, Indra prześlizgnęła się w stronę celu. Razem z Niciem wykupili tutaj pomieszczenie na dwie noce z rzędu. Karczma mieściła się bowiem w połowie drogi od hotelu, w którym miało dojść do negocjacji i od portu, gdzie wcześniej zacumowali statek. Załoga powinna także zostać w porcie, gnieżdżąc się w mniejszych, mniej komfortowych klitkach, lecz jaki tak naprawdę mieli wybór? Wszyscy sądzili, że sprzedaż przyniesie im łatwe pieniądze, a szybki zysk, to szybka podróż w stronę kolejnego zadania.

Indra rozejrzała się po pokoju, prędko spakowała pojedyncze sztuki ubrań i książek, które razem z Niciem pozwolili sobie wyjąć z torby podróżnej oraz broń, schowaną w różnych zakamarkach. Po tych wszystkich rewelacjach dziewczyna nie miała pewności, czy jeszcze kiedyś tutaj wrócą, a zostawili w karczmie zbyt wiele osobistych przedmiotów, jakie mogłyby w przyszłości posłużyć ich wrogom do namierzenia ich za pomocą magii. W pewnej chwili usłyszała odgłos zbliżających się kroków.  

Upuściła zapakowaną torbę na podłogę i, wyjmując sztylet, zakradła się do drzwi wejściowych. Kiedy ktoś nacisnął klamkę, pozwoliła, aby nieznajomy wszedł jedną nogą do środka, po czym złapała go za kołnierz i popchnęła dalej, stopą zamykając drzwi. Już miała wykonać kolejny ruch, kiedy poniewczasie zauważyła, że niechciany przybysz to tak naprawdę żona karczmarza.

– Jesteśmy dzisiaj odrobinę przewrażliwieni, czyż nie? – zapytała gospodyni z przekąsem. Była tęgą, starszą kobietą. Odznaczała się urodą typową dla arterijczyków – ciemnym kolorem skóry, wysypanej mnóstwem ciemniejszych piegów i pieprzyków oraz fiołkową barwą oczu. Indra słyszała kiedyś, jak bywalcy karczmy plotkowali, jakoby żona właściciela należała dawno temu do arystokracji, niestety straciła swoją pozycję wraz z całą rodziną, która w jakiś sposób naraziła się samemu cesarzowi.

Jednak plotki były tylko tym – plotkami. Obserwując kobietę spod oka, dziewczyna starała się szybko sobie przypomnieć, co o tej kobiecie wiedziała na pewno. Gospodyni odznaczała się trudnym, czepliwym charakterem. Razem z Niciem wynajmowali tutaj pokoje od czasu do czasu i Indra za każdym razem miała wrażenie, że żona karczmarza uwielbia wtykać nos w nie swoje sprawy. Przerażająco często zaokrąglała rachunki na swoją korzyść, doliczając dodatkowe, wymyślone koszta. Była chytra i sprytna, wszystkie skargi w dziwnych okolicznościach zawsze gubiły się po drodze, nigdy nie docierając do uszu samego karczmarza. Zapewne oboje już dawno straciliby dochód z takiego prowadzenia swojego biznesu, gdyby nie fakt, że wynajmując tutaj pokoje czy przychodząc na rozmowy nad kieliszkiem, można było liczyć na dyskrecję. Poza tym karczmarz lubił dawać w łapę strażnikom, dzięki czemu nigdy nie kręciło się ich tutaj wielu. Sama w drodze powrotnej nie zauważyła ani jednego.      

Rozważając swoje opcje, schowała sztylet i z prostotą zapytała:

– Co ty tutaj robisz?

– Właśnie wróciłam z targu. Ciekawe rzeczy się tam mówi na temat waszej załogi. – Kobieta nie przejmując się potencjalnym atakiem, odwróciła się plecami do nomadki i  z uwagą zaczęła rozglądać po pomieszczeniu. Zachowywała się tak, jakby po raz pierwszy weszła do tego pokoju. Indra z rozbawieniem doszła do wniosku, że gospodyni karczmy pewnie czuje się niezwykle bezpiecznie na własnym terenie i sądzi, że dziewczyna nie odważy się jej tutaj wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy.

Nawet nie wiedziała, jak bardzo się myliła.

– Wierzę. W końcu jesteśmy ciekawą załogą.

– Ponoć nacisnęliście na odcisk Fabiusowi – kontynuowała tak, jakby dziewczyna nic nie powiedziała. – Oczywiście w takim wypadku nasze ceny muszą gwałtownie wzrosnąć.

– Och, naprawdę? – Indra dotknęła palcem jednego z ukrytych ostrzy, starając się zachować spokój. Gospodyni przejechała palcem po stole, jakby szukając kurzu i uśmiechnęła się do niej nieszczerze.

– Wiecie, takie już są interesy. Nie możemy pozwolić sobie na goszczenie wrogów Fabiusa. Kto nas potem odwiedzi? Jeśli podrzucimy im odrobinę grosza, na pewno łaskawiej później spojrzy na nasz interes. Już nawet rozmawiałam z nim w tej sprawie.

Indra zaczęła przeczuwać, że rozpoczynanie tej rozmowy, to nie był żaden dobry pomysł. Dodatkowym zmysłem wyczuła, jak za drzwiami ktoś się skrada. Przynajmniej dwie osoby. Nie wydawały dźwięków, słyszalnych dla zwykłego człowieka, ale Indra nie była zwykłym człowiekiem. Nomadka została obdarowana umiejętnością oddzielenia kłamstwa od prawdy, a jej wyjątkowe ostrze dźwięczało muzyką, do jakiej tańczyli kłamcy.

– Ile zażądał? – Nie poświęciła ani chwili na wysłuchanie odpowiedzi. Mocno popchnęła gospodynię na drzwi prowadzące do pokoju, zarzuciła torbę na plecy i, otworzywszy jedyne okno, wyszła przez nie i zaczęła wspinać się na dach. Żona karczmarza poruszała się powoli. Zanim zdążyła wstać i przepuścić dodatkowe osoby z korytarza, Indra zdążyła już wspiąć się na samą górę trzypiętrowego budynku i przeskoczyć na następny. Wiedziała, że nie powinna się oglądać, nie robiła więc tego. Zaufała swojemu doświadczeniu i zwinnie przemieszczała się z budynku na budynek, zawsze wybierając te odpowiednio niskie, aby widzieć, co się dzieje na dole. Nikt jej nie śledził. Nikt za nią nie podążał.

Nie potrafiła tego zrozumieć. Ostrze ostrzegło ją przed intruzami, czyżby się pomyliło? Dostała odpowiedź, kiedy dwie sylwetki wyłoniły się z cieni rzucanych przez większe budynki przed nią. Cieniowładni, wyższa magia. Niedobrze.

Do Cybernetycznego Jednorożca nie zostało jej daleko. Przyspieszyła, starając się zgubić pościg. Intruzi jednak nie dali za wygraną, przeskakując z cienia w cień, podróżując drogą jedynie dla wybranych, która od bardzo dawna była zamknięta dla samej Indry. Dziewczyna powściągnęła emocje, starając się nie przywoływać starych wspomnień i zsunęła się po rynnie jednego z budynków przy węższej uliczce, prowadzącej do drogi głównej. Dwójka Cieniowładnych pojawiła się kilka metrów przed nią. Zdążyła jedynie zauważyć, że była to młoda, na oko o dekadę młodsza od nomadki dziewczyna, oraz zwalisty ogromny chłopak o niebieskim kolorze skóry. Cluthanin? Przemknęło jej przez myśl, gdy rzuciła w niego jednym ze swych mniejszych ostrzy, następnie szybko pozbywając się swojego plecaka i konfrontując się z dziewczyną.

Ta zaś potrafiła walczyć. Już po kilku sekundach stało się dla Indry jasnym, że została wyszkolona przez kogoś dobrego. Zwinnie unikała ciosów i wymierzała własne. Ich pojedynek dla postronnego obserwatora mógłby przypominać taniec, chociaż lepiej, gdyby nigdy nie powiedział tego na głos przy żadnej z nich, jeśli chciał później zachować życie. Obydwie szybko zaczęły się męczyć, co przypomniało nomadce, że trafiony ostrzem Cluthanin – chłopak pochodzący z rasy znanej wygłaszanych przepowiedniom – niedługo zacznie się budzić. A to dla Indry, która wciąż nie zdołała pokonać pierwszej przeciwniczki, nie wróżyło nic dobrego.

W pewnym momencie młoda dziewczyna krzyknęła:

– Przestań! Chcemy tylko porozmawiać.

– Już gdzieś to słyszałam – odpowiedziała, korzystając ze sposobności i przygniatając przeciwniczkę do ściany oraz przykładając ostrze do gardła. Już miała wykonać decydujący ruch, kiedy zza jej pleców, dobiegł ją głos Cluthanina:

– Ella…Ellamara…

Indra zawahała się.

To wystarczyło dziewczynie, aby wejść w cień, obok którego stała i wyjść z cienia nieopodal.

– Nie jesteśmy wrogami – wyrzuciła prędko, widząc, że Indra obniża ostrze, z niedowierzaniem wpatrując się w krępego chłopaka. – Nie wiemy za kogo nas wzięłaś, ale na pewno nie mamy z tym nic wspólnego.

– Jeszcze minutę temu nie wyglądało to tak, jakbyście nie mieli z tym nic wspólnego – odpowiedziała słabo.

– Wiemy o twoich kłopotach w dokach. Z Fabiusem. Nie współpracujemy z nim.

– Czyli w okolicy jest jeszcze jedna grupa, chcąca nas zlikwidować? Wybornie.

– Dobrze wiesz, że nie – chłopak z pewnym wysiłkiem podniósł się z wybrukowanego chodnika i rozejrzał czy nikt nie nadchodzi. Wyglądało tak, jakby w uliczce poza nimi nie przebywała żywa dusza, ale i tak zachował czujność – jesteśmy tu dla Ellamary.

– Nie wypowiadaj tego imienia – Indra poruszyła się nerwowo.

– Dlaczego nie? Przez chwilę wydawało się nam, że potrzebujesz przypomnienia.

– Nie potrzebowałam. – Z wysiłkiem, jakby kosztowało ją to całe lata życia, schowała trzymany w ręku sztylet i odetchnęła głęboko. – Jak mnie znaleźliście?

– To nieważne – ucięła krótko dziewczyna, widząc, że Cluthanin chce coś powiedzieć – Ważne jest to, że cię znaleźliśmy i że jesteś coś winna naszym pracodawcom. Nadszedł czas, żeby spłacić długi, Indro d’Ametyhs el’Blackborn, Czarna Ćmo.

Indra poczuła się tak, jakby ktoś wymierzył jej policzek.

– Nie nazywaj mnie tak.

– Dlaczego nie? – odpowiedział cicho chłopak. – Przecież właśnie tym jesteś. Twoje odejście niczego nie zmieniło.

– Jej śmierć wszystko zmieniła! – wykrzyknęła nomadka. Przez chwilę poczuła, jak jej tatuaż porusza się na ramieniu, ale w tym momencie nie mogłoby to ją mniej obchodzić. Na granicy jej umysłu  pojawiła się myśl, że jej przyjaciele są w niebezpieczeństwie i potrzebują  pomocy, a potem spojrzała na dwoje młodych ludzi przed sobą i zapomniała o tym. Wszystko przysłoniły wspomnienia innych miejsc i innej rodziny.

– A co jeśli nie? – wyszeptała dziewczyna.

– Słucham?! – Indra musiała oprzeć się o ścianę pobliskiego budynku. – Co to ma znaczyć?

– Niedługo powinnaś zostać poinformowana o nowej umowie. Prawdopodobnie teraz, kiedy tutaj rozmawiamy, twój kapitan i Fabius zawierają pakt. – Niedaleko uliczki zaczęli słyszeć zamieszanie. Dziewczyna zaczęła mówić szybciej. – Jest coś, na czym bardzo zależy temu zniedołężniałemu staruchowi i nie będzie miał żadnych oporów, żeby wykorzystać słabe punkty panicza de Tren. Pomóż im to zdobyć, a potem zabierz. Nie pozwól, żeby jakikolwiek Arteriańczyk trzymał to w rękach. Dzięki temu ją odzyskamy. – Kroki zaczęły się zbliżać. Usłyszeli śmiech i coś po arteriańsku.

– Odebrałam ci życie – Z tysiąca rzeczy, jakie kołatały się jej po głowie, z miliona pytań, jakie mogła zadać, z jej ust wyrwało się tylko to.

Cluthanin uśmiechnął się delikatnie do Indry.

– Wszyscy tracimy je od czasu do czasu. Jak mają się twoje?  

Jego partnerka spojrzała w kierunku intruzów, a potem odwróciła się i rzuciła jeszcze do Indry:

– Słyszeliśmy na twój temat różne brednie, ale wiemy, że chcesz ją odzyskać tak samo mocno, jak my. Ona żyje Ćmo, nie wątp w to.

Po czym weszli w cienie i zniknęli.   

Arteriańczycy, zataczając się mocno, przeszli obok niej, nic sobie nie robiąc z porozrzucanych dookoła ostrzy. Indra do dziś nie potrafi sobie przypomnieć, jak długo stała w tej uliczce, niewidzącym spojrzeniem wpatrując się w ścianę budynku naprzeciw. Po pewnym czasie mechanicznie zaczęła zbierać swoją broń, znalazła odrzucany pod ścianę plecak i skierowała się w stronę Cybernetycznego Jednorożca.

Przeszła obok całej gawiedzi spotykających się pod klubem młodych, którzy nie mieli szansy, aby zostać wpuszczonym do środka, i prześlizgnęła się obok osiłka pilnującego wejścia. Nawet nie zauważyła, że użyła do tego jednego z pobliskich cieni. Po raz pierwszy od lat.

Załoga statku Białej Damy bawiła się przy jednym z większych stolików, grając w karty i śmiejąc się do rozpuku. Przy barze na tyłach klubu zauważyła jednego z bliźniaków, Tweedleduma. Kiedy ten spostrzegł, że idzie w jego kierunku, szybko zeskoczył ze stołka i podszedł do niej energicznym krokiem.

– Co się stało? Gdzie Nico? Wyglądasz, jakbyś umarła trzy razy z rzędu.

– Możliwe, że tak było. – Dopiero po chwili zorientowała się, że powiedziała to na głos, kiedy Dum złapał ją za ramiona i zaczął potrząsać, pytając:

– Indra? Co się stało?

Zaczęli robić cyrk. Musiała wziąć się w garść. Naprędce opowiedziała mu wszystkie  najistotniejsze fakty, pomijając spotkanie z dwojgiem Cieniowładnych. Na końcu dodała:

– Kiedy się rozdzielaliśmy, z Nico wszystko było w porządku. Musimy… – Przypomniała sobie o tatuażu, teraz na niego spojrzała i powtórzyła wiadomość: – Zbierz załogę. Dzisiaj wyruszamy. Wygląda na to, że Nico doszedł do porozumienia z Fabiusem.

Wyruszamy na wyprawę.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nomida zaczarowane-szablony